czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 2

León spacerował tak, i spacerował, aż podniósł wyżej głowę i zorientował się, że nie wie gdzie jest, a na pewno jest daleko od hotelu. Obrócił się kilka razy, aż doświadczył przykrego faktu, iż nie było nikogo kogo mógłby spytać o drogę. W końcu, kto włóczy się po mieście około godziny dwudziestej drugiej? Błądził bezsensownie, aż w końcu uświadomił sobie dość oczywisty fakt: przecież miał telefon!
- Ty głupku, czemu o tym nie pomyślałeś! - zganił sam siebie.
Kiedy już wyjął komórkę, zastanowił się chwilę, czyj numer wybrać. Właściwie trochę podświadomie, trochę nieświadomie wybrał numer Fran. Już miał wcisnąć słuchawkę, kiedy ekran telefonu zgasł. Czyżby bateria się rozładowała?! W takim momencie?!
Westchnął zrezygnowany i usiadł na ławce.
*W hotelu*
Zdenerwowana Włoszka chodziła po pokoju i syczała pod nosem:
- Gdzie on się włóczy po nocach?! Chce mnie doprowadzić do rozstroju nerwowego?! I jeszcze telefonu nie odbiera!
- Co tam mruczysz? - spytała Violetta odrywając się na chwilę od telefonu, na którym wisiała od pół godziny rozmawiając z Diego.
- Nic... - odpowiedziała lekceważąco - ... co mogłoby cię obchodzić - dodała w myślach. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami i przyłożyła komórkę do ucha.
Tymczasem Francesca dalej zagryzała wargi, aż w końcu odłożyła komórkę, i powiedziała do ,,przyjaciółki":
- Wychodzę. Gdyby się ktoś pytał, poszłam do sklepu po coś niezbędnego.
I wyszła. Na wszelki wypadek wzięła mapę, a w telefonie włączyła GPS. Szła ulicą długo, aż wreszcie kobieca intuicja podpowiedziała jej skręcić w prawo. Znalazła tam Leona siedzącego na ławce. Odetchnęła z ulgą, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Jednak po chwili otrząsnęła się i podbiegła do niego.
- Tu jesteś, ty... - i tu padły wszystkie z możliwych obelg i przezwisk - Nie wiesz jak ja się denerwowałam!... - tu zaś nastała długa awantura Franceski, którą także szkoda pisać.
Mimo całego krzyku, na twarzy Leóna gościł cały czas uśmiech.
*W studiu*
- Jak to? To wspaniale! Nie zdajesz sobie sprawy, jak to świetnie! Ludmiła może się zmienić! Muszę powiedzieć dziewczynom, Marco, Leónowi...
- NIE! - zagrzmiała tak, że aż zadrżał - Nie możesz nikomu powiedzieć! Powierzyłam ten sekret TYLKO tobie, i mam nadzieję, że go utrzymasz! A teraz nie rozmawiajmy o tym, proszę!
Chłopak uśmiechnął się chytrze i powiedział:
- Dobrze, więc pogadajmy o Ezequielu... tak zdaje się miał na imię?
Twarz Naty zrobiła się czerwona trochę ze wstydu, trochę ze złości. 
Ezequiel to chłopak, z którym chodziła zanim dostała się do Studia. Kochała go naprawdę bardzo, i może byłaby z  nim po dziś dzień, gdyby nie okazało się, że.... ma dziewczynę. Maxi podsłyszał jak mówiła to Ludmile, i opanowała go niesamowita zazdrość. Dokuczał jej teraz przy każdej możliwej okazji. 
Ale.... wojna to wojna!
- Ach tak, wiesz... Andres opowiedział mi niedawno niesamowitą historię! Wiesz o kim była?
- No? O kim? 
- O Laurze i Andrei! Opowiadał, że jakiś raper zarywał do jego siostry! Rozumiesz to?! Podobno był w niej TAK zakochany, że aż śpiewał jej serenadę pod oknem!
- Ach tak? - mruknął pod nosem.

- A wiesz jak było z Andreą? - Naty nie ulegała, była bezlitosna - Zakochał się w niej i był z nią, a okazało się, że chciała tym tylko spowodować zazdrość też jakiegoś RAPERA... a nawet więcej...
- DOBRA, poddaję się! - jęknął, a na twarzy jego bogini pojawił się triumfalny uśmiech.
- A wynagrodzisz mi to jakoś? - powiedziała powoli.
Maxi podszedł od tyłu, złapał ją w talii i zamruczał do ucha:
- Może przejdziemy się po parku w świetle księżyca...
Ona kołysząc się w jego ramionach, przymrużyła oczy i powiedziała:
- Mów dalej...
- I zaśpiewamy naszą ulubioną piosenkę...
- Mhm...
- I dam ci bukiet twoich ulubionych kwiatów...
- Może wybaczę.... muszę to zobaczyć... - odparła zaczepnie i puściła do niego oko.
I tak, Maxi spełnił swoją obietnicę.


Kiedy kogoś szczęście wypełnia po brzegi, kiedy uśmiech nie schodzi mu z ust, w tym samym czasie kogoś łzy bezustannie płyną po bladych, zimnych jak lód polikach. W tym samym czasie czyjaś twarz chowa się w rękach i łka bez końca. 
Ona tam stała. Stała sama, chowała twarz w rękach i łkała. A jej łzy płynęły po polikach. Oczy płonęły nienawiścią, smutkiem, goryczą...... i pragnieniem miłości. Złociste, miękkie i potargane włosy opadały ciężko na ramiona, a czerwone jak krew usta zaciskały się ze złością. Nagle poczuła czyjeś ręce na swoich biodrach. Ktoś gwałtownie ją obrócił i spojrzał jej prosto w oczy. Podniósł rękę i wytarł łzę. Następnie przyciągnął ją do siebie. Trzymając ją w objęciach, wyszeptał dwa najpiękniejsze słowa na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz